Lucerna, Szwajcaria

W ostatnim czasie miałam przyjemność odwiedzić jedno z najpiękniejszych miast w Szwajcarii - Lucernę. Ta urokliwa miejscowość, która leży na zachodnim brzegu Jeziora Czterech Kantonów, oczarowała mnie swoim zabytkowym urokiem, malowniczymi krajobrazami i niezwykłym klimatem. Dziś chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami i zdjęciami, które uchwyciły chwile spędzone w tym magicznym miejscu.

Naszym głównym celem był przepiękny most przy kaplicy (Kapellbrücke), który jest najstarszym drewnianym mostem w Europie. Znajduje się nad rzeką Reuss, która przepływa przez Lucernę. Zdecydowanie można nazwać go symbolem tego miasta. Jego wyjątkowe zakrzywienie i przepiękne malowidła naprawdę robią wrażenie. Podczas naszego spaceru spotkaliśmy nawet artystkę, która go malowała. 🖌️ Jego historia sięga setek lat wstecz i choć nie znamy dokładnej daty, to szacuje się, że był to ok. 1356 rok (na podstawie badań dendrochronologicznych). To doskonałe miejsce, aby podziwiać panoramę miasta, jezioro i góry.



Zawsze będę doceniać te cudowne górzyste tereny! ...a widok zbiorników wodnych i gór w jednym miejscu jak dla mnie jest niezastąpiony, natura jest niesamowita! Ponieważ wycieczka nie miała być długa, stwierdziliśmy, że przejdziemy się jeszcze trochę w wzdłuż rzeki, a na koniec zamówimy coś do jedzenia. Tak też zrobiliśmy. Dotarliśmy tym sposobem do jazu kozłowo-iglicowy (Nadelwehr), który jest ciekawą konstrukcją do regulacji wody i ochrony przed powodzią. Choć na inżynierii się nie znam, to i tak zrobiło to na mnie wrażenie. Siła z jaką woda wypływała dalej była naprawdę duża, a fale układały się tak przyjemnie dla oka, warto zobaczyć na własne oczy.


Chwilę później znaleźliśmy się przy drugim zabytkowym moście - Spreuerbrücke. Jednym z jego najbardziej charakterystycznych elementów są łączone dachy, na których umieszczono serię malowideł przedstawiających sceny ze Śmiercią jako głównym motywem. Oryginalnie było ich 67, ale obecnie zachowało się 45 z nich. Malowidła przedstawiają postacie różnych osób, które tańczą ze Śmiercią, symbolizując nieuchronny upływ czasu i przemijanie życia. 


Słyszeliście o Lucernie?

Kolorowy szkicownik #12 strona

Cześć Wam! Co u Was? 🍀 Za oknem od kilku dni piękna pogoda. Dziś udało mi się wybrać nad jeziorko i trochę popływać, czego bardzo mi brakowało. ❤️ Poza tym wczoraj skończyłam mój najnowszy portret, dlatego w dzisiejszym wpisie chciałabym się z Wami nim podzielić i jak zwykle posłuchać, czy macie jakieś zastrzeżenia lub jakieś porady. Wszystkie opinie bardzo chętnie przeanalizuję! 😊👍 Zaczynajmy!


KROK PO KROKU:



EFEKT KOŃCOWY:



Zapraszam też na IG:

Makijaż permanentny - usta

 Makijaż permanentny to zdecydowanie nowość, jeśli chodzi o moje doświadczenia z kosmetycznymi zabiegami. A jeśli mam być szczera, to był to ogólnie mój pierwszy zabieg kosmetyczny, na jaki się zdecydowałam. Choć już dawno słyszałam o tym sposobie, nie zagłębiałam się w jego zalety. Chyba najbardziej zszokowało mnie, że taki rodzaj makijażu może utrzymać się nawet do 2 lat! Jako, że bardzo lubię podkreślać usta, czuję się w szminkach o wiele pewniej siebie, a nie zawsze mam czas, aby sięgnąć rano po kosmetyki, stwierdziłam, że to może pozytywnie wpłynąć na moje samopoczucie i wizerunek. 

Ponadto uznałam, że niezmywalna szminka podczas jedzenia, która nie będzie przy okazji brudzić kubka, czy partnera przy pocałunkach oraz nie wysuszająca ust, nie została jeszcze przeze mnie znaleziona. Decydując się na makijaż permanentny ust liczyłam, że osiągnę ten efekt. Tak więc zaryzykowałam i zapisałam się na takowy zabieg. Czy jestem zadowolona? Zapraszam do czytania!


Konsultacja

Podczas konsultacji mogłam na spokojnie podpytać o wszystko linergistkę. Zostały zaproponowane pasujące do mnie kolory oraz zrobiłyśmy wstępny obrys ust. Choć ja i tak nie planowałam zmieniać kształtu ust, dowiedziałam się, że powiększenie ust poprzez wytatuowanie obrysu wyżej niż z naturalną linią da efekt rozmazanej szminki. Takim zabiegiem można wizualnie wyrównać usta, jednak nie w każdym przypadku... np. u mnie linia ust przy kącikach przebiega w różny sposób, z jednej bardziej na prosto a z drugiej jest zaokrąglona i próba takowej korekty mogłaby tylko popsuć całkowity efekt.


Przebieg pigmentacji ust

Tak jak na konsultacji, zaczęłyśmy od namalowania obramówki kształtu moich ust. Dopiero po zaakceptowaniu przeze mnie szkicu mogłyśmy przejść do nanoszenia pigmentu. Jeśli coś bym chciała poprawić, z pewnością zostałoby coś na to zaradzone, jednak w moim przypadku już pierwszy szkic okazał się perfekcyjny. 

Sama pigmentacja trzeba przyznać, że do przyjemnych nie należy. Usta są delikatne i bardzo czułe na dotyk, dlatego być może ten zabieg nie okaże się dobrym pomysłem dla bardzo wrażliwych na ból osób. Jest oferowane znieczulenie, ale u każdego działa inaczej. U mnie np. na górnej wardze przyjęło się świetnie, nic nie czułam, natomiast na dolnej wardze czułam ból o wiele silniej i nawet znieczulenie nie łagodziło tego uczucia. 

Zabieg kosmetyczny wykonywany był sterylnie i z dbałością, czułam się bardzo komfortowo, co bardzo doceniam. Pigmentacja trwała ok. 3 godziny i została przeprowadzona w pozycji leżącej, aby linergistka mogła z każdej strony podejść i mieć większy komfort pracy. 

Przy ostatnich poprawkach wyczuwalne było mocne powiększenie się ust. Po zakończeniu zabiegu natomiast zostało naniesione masełko na usta.


Efekt po zabiegu

Moje pierwsze wrażenie po zabiegu było lekko zmartwione. Moje usta tak urosły, że chciało mi się z siebie śmiać, a jednocześnie nie chciałam tak wyglądać. Jednak zostałam zapewniona, że opuchlizna zejdzie i będzie widać różnicę już wieczorem, co rzeczywiście się wydarzyło. Usta po 3 godzinach wyglądały już dużo lepiej, choć całkowita opuchlizna zeszła mi dopiero na 3 dzień. 



Efekt po wygojeniu

Oczywiście efekt tuż po zabiegu to nie tylko zakłamany rozmiar ust, ale także kolor. Po całkowitym przyjęciu się pigmentu nie jest aż tak wyraziście. Ja na początek zdecydowałam się na delikatny efekt w odcieniach różu i czerwieni. Skóra tak jak w tatuażu musiała się zagoić i tak przez 5 dni z moich ust odchodziła złuszczająca się warstwa naskórka. Nie można zrywać tych skórek samemu, muszą zejść same. Usta pielęgnowałam przez ten czas maścią Alantan, po którą chętnie sięgam do tej pory, to ona dodała tego blasku ustom. :)


Mam dla Was również zdjęcia dzień po dniu jak wyglądało gojenie, oraz moje usta przed zabiegiem. Oczywiście kolory mogą się trochę różnić, ponieważ zdjęcia były wykonywane o różnych godzinach.


Podsumowanie

Minęły ponad 3 miesiące od zabiegu. Myślę, że jest to odpowiednia chwila na podzielenie się opinią ostateczną. Koszt makijażu permanentnego nie należy do najtańszych, dlatego warto go przemyśleć z każdej strony i przede wszystkim dobrze zadbać o jego gojenie, gdy już go wykonamy. U mnie wszystko przyjęło się świetnie, nie mam ubytków koloru, efekt jest delikatny i subtelny tak jak oczekiwałam. Przede wszystkim moje usta nie są już takie mdłe, są zdecydowanie bardziej nasycone i dobrze czuję się z tą zmianą. Nie żałuję, że skusiłam się na ten zabieg i chętnie go poprawię, gdy efekt już zniknie.


A Wy miałyście już styczność z makijażem permanentnym? 

Może macie go w planach? 


Zachęcam do zadawania dodatkowych pytań, jeśli coś jeszcze Was ciekawi!

Wielkanoc

 Niech w Waszych domach zagości koszyczek pełen kolorowych jajek, a stół wielkanocny zapełnią pyszne potrawy i wspaniałe smakołyki, a te święta przypomną nam o sile przyjaźni, rodziny i miłości, a także dodadzą nam energii i motywacji do osiągania naszych celów.


Wesołych Świąt Wielkanocnych!




Mix zdjęć i co u mnie

 Witajcie kochani w kolejnym miksie ode mnie! :) Na wstępie witam Was ze spaceru z Dolarkiem, z którego oczywiście wróciłam z czterolistnymi koniczynkami. 🍀Dziś nie tylko zdjęcia, ale również dwie zabawne historie z mojego życia. Zapraszam!


Pierwszy zjazd ze stoku narciarskiego.

Jednym z naszych marzeń, jeszcze w tym roku, był zjazd ze stoku narciarskiego. Nie próbowaliśmy nigdy wcześniej z partnerem tego sportu i stwierdziliśmy, że to może być świetna zabawa. Traf chciał, że akurat w drugim i ostatnim tygodniu urlopu (kiedy byłam u mojego mężczyzny) spadł śnieg. Okazało się również, że nie tak daleko znajduje się góra, która umożliwi nam zrealizowanie naszego pomysłu. 

Pojechaliśmy! Ubrani na cebulkę wybraliśmy się w podróż na Kurzą Górę. Niestety przy kasie, pomimo wcześniejszej rozmowy telefonicznej o potwierdzeniu dostępnych instruktorów oraz wczesnej godzinie przyjazdu, okazało się, że nie jest nam Pani w stanie znaleźć instruktora na dziś... No cóż, nie zamierzaliśmy wracać do domu, jakieś podstawy nam znajomi wytłumaczyli, stwierdziliśmy, że i tak spróbujemy. 

Cóż Muszę przyznać, że prędkość zjazdu była dla mnie naprawdę zaskakująca, ale jednocześnie ekscytująca. Myślę, że pierwszy zjazd nie poszedł mi najgorzej, bo przewróciłam się 3 razy, gdzie dla porównania chłopcy zliczyli ich ok. 10 i mieli ogólnie problem z dotarciem na dół. :D Mimo to naprawdę nie było łatwo. Ludzie, pomagali czasem wstać i podziwiali mnie za odwagę, czego nie mogłam zrozumieć - przecież też tu jeździcie - pomyślałam. 

Przy 3 zjeździe niestety nie wyhamowałam w porę i wjechałam w ludzi, którzy poinformowali mnie, że to jest trudny zjazd i nauka jest trochę dalej... Wszystko stało się nagle jasne, skąd ten podziw i tak wiele upadków z naszej strony. Gdy udaliśmy się w miejsce do nauki i zobaczyłam jak wygląda to chciało mi się śmiać. Zafundowaliśmy sobie naprawę głęboką wodę na start, jestem w szoku, że w ogóle podołaliśmy zjechać tam kilka razy. :D 

Na końcu naszej wyprawy okazało się, że instruktorzy byli cały czas dostępni, ale trzeba było ich zakupić w innym miejscu. Niestety wprowadzono nas w błąd i nie dostaliśmy szansy na zrealizowanie wycieczki w pełni, ale i tak będzie co wspominać! 

Nieoczekiwana stacja kolejowa. 

Zaplanowałam sobie powrót do domu nocnymi pociągami. Stwierdziłam, że jeśli zdrzemnę się trochę w pociągu, to nie zmarnuję tak dużo dnia na 6 godzinną podróż. Pociąg był niestety z przesiadką, więc musiałam być czujna. Wchodząc co mojego przedziału w pierwszym pociągu zastałam dwójkę ludzi śpiących tak, że nie było już dla mnie miejsca. Stwierdziłam, że nie będę ich budzić i po prostu poszukam miejsca gdzieś indziej. Tak też zrobiłam, zaczęłam otwierać kolejne przedziały, które dla wizualizacji wyglądają jak małe pokoiki, z ośmioma fotelami podzielonymi parzyście z dwóch stron i skierowanymi do siebie. Z pewnością wiecie co mam na myśli, jeśli podróżujecie pociągami. Niestety przedział obok przedziału kończył się tą samą historią, na fotelach spali ludzie. Postanowiłam wrócić na początek wagonu, gdzie widziałam, że pasażerowie nie śpią. Grzecznie zapytałam, czy mogę się dosiąść w zaistniałej sytuacji i usiadłam pomiędzy czwórką innych zmęczonych ludzi. Podróż mijała, a godzina robiła swoje. Ciągnęło mnie do snu, ale nie czułam się za specjalnie komfortowo w tym pociągu ...z resztą siedząc na środkowym miejscu nawet nie miałam się o co oprzeć. Stwierdziłam, że już wytrzymam do przesiadki i zjadłam co nieco na rozbudzenie. Na szczęście czas minął dosyć szybko. Okazało się, że na mojej stacji pociąg wyjątkowo kończy bieg, co spowodowało, że niektórzy pasażerowie musieli znaleźć na szybko dalszy transport. Pomogłam jednej kobiecie i pokierowałam ją na odpowiedni pociąg, bo ta informacja bardzo ją zakłopotała. Przy okazji akurat okazało się, że idziemy na ten sam peron. Ona odjechała, a je miałam jeszcze trochę czasu. Obserwowałam jak pracownicy szykują się do pracy przy barze w pociągu, który stanął restauracyjnym wagonem centralnie przed ławką, na której usiadłam. Nawet fajnie to zaprojektowali, zawsze zamawiałam jedzenie do mnie bezpośrednio, teraz mogłam pooglądać ten wagon na spokojnie. Moje obserwacje przerwali pracownicy, którzy zaczęli do mnie machać i nie spuszczali ze mnie wzroku. Speszyli mnie trochę przyznaję, ale chwilę później odjechali i przyjechał mój pociąg. Ustawiłam sobie budzik i upewniając się uprzednio, że nie ma nikogo podejrzanego w okolicy, oparłam się o ścianę i usnęłam.

Obudziłam się w miejscowości oddalonej od mojej o niecałe 100km i nie było to bynajmniej miejsce, przez które przechodzić miała moja podróż. Nie do końca obudzona wstałam szybko, wzięłam torbę i już chciałam wychodzić, ale drzwi zamknęły się tuż przed moim nosem. Naciskanie przycisku na drzwiach nic nie dało, gwizd sygnalizujący zezwolenie na start był wyraźnie słyszalny, a nim zdążyłam się rozejrzeć, czy jest ktoś z pracowników w pobliżu - ruszyliśmy. 

Darowałam sobie szukanie konduktora, w końcu ponad godzinę jechałam bez ważnego biletu. Usiadłam z powrotem i czekałam na kolejną stację. Pech chciał, że była dopiero za pół godziny. Powiem Wam, bardzo nieprzyjemnie jechało się z myślą, że oddalam się tylko po to, aby zaraz się wracać. 🙈 Wysiadłam w mniejszej miejscowości, gdzie na kolejny pociąg musiałam czekać kolejne pół godziny... ale już się całkowicie rozbudziłam, przeczekałam to i tym razem dotarłam, gdzie dotrzeć miałam. Z planowanej godziny 7 zrobiła się już 11, plany się posypały, ale kolejna przygoda zostanie w pamięci. ;)

Copyright © Dollka Blog