Artystyczne makijaże inspirowane pomadkami

 Cześć kochani! Nie udało mi się jeszcze nadrobić wszystkich komentarzy od Was, ale stwierdziłam, że nie ma co dłużej czekać i dodam moje ostatnie poczynania makijażowe. W moje ręce trafiły smakowe pomadki, które zainspirowały mnie do tego kreatywnego wyzwania. Muszę przyznać, że malowanie bardziej wyrazistych obrazków na ustach do najprostszych nie należy, bo usta same w sobie są kształtne i mają wiele zakrzywień, które wpływają na prezentację malunku. Było to dla mnie małe wyzwanie, bo pomijając nierówności nie jest to też jakiś duży obszar do dyspozycji. Mimo to wyzwanie, które sama sobie narzuciłam zostało zrealizowane - jestem ciekawa czy udało mi się choć trochę odwzorować smaki, które kryją się w pomadkach. ;)


Niebieska malina

Pierwsza pomadka kryje w sobie słodki smak, który totalnie skojarzył mi się z owocami leśnymi. Pachnie bardzo przyjemnie, dobrze nawilża, w smaku jest bardzo subtelna. Kształt jej opakowania jest tradycyjny, z bajkową etykietą. Jak dla mnie zdecydowanie wygrywa tu zapach, który bardzo umila jej noszenie.

 

Beza

Druga pomadka totalnie zauroczyła mnie swoim wyglądem, bo jest w kształcie uroczej pandy. Muszę przyznać, że nie miałam jeszcze kosmetyku do pielęgnacji ust w tak słodkim kształcie. Jej smak odpowiada bezie, za którą niestety nie przepadam jeśli chodzi o słodkości i to też chyba odbiło się trochę na mojej ocenie smaku i zapachu. Jak dla mnie za słodko, po oblizaniu ust czuć cukier, a sam zapach niestety mnie osobiście przytłacza. Nie jest to opcja dla mnie.





Kiwi

Niepozorna figurka Spiderman'a, którą można zawiesić jako breloczek, okazałą się moją ulubioną pomadką z tych wszystkich opcji. Choć nie jestem jakąś wielką fanką Marvel'a, tak całokształt wyglądu pomadki jest tak kreatywny i wyjątkowy, że szybko trafił w moje serce. W dodatku smak kiwi okazał się bardzo orzeźwiający, jeśli chodzi o zapach. Nie przytłacza, mimo, że jest bardzo intensywny. W smaku jest słodki i choć nie do końca tego smaku się spodziewałam, to ogólnie w tej pomadce wszystko oceniam bardzo na plus.

Dajcie znać co sądzicie o takiej prezentacji pomadek. 
Wszystkie pochodzą od marki Lip Smacker, jeśli bylibyście zainteresowani.
Który smak spodobał się Wam najbardziej - zarówno artystycznie jak i smakowo?

Makijaż permanentny - usta

 Makijaż permanentny to zdecydowanie nowość, jeśli chodzi o moje doświadczenia z kosmetycznymi zabiegami. A jeśli mam być szczera, to był to ogólnie mój pierwszy zabieg kosmetyczny, na jaki się zdecydowałam. Choć już dawno słyszałam o tym sposobie, nie zagłębiałam się w jego zalety. Chyba najbardziej zszokowało mnie, że taki rodzaj makijażu może utrzymać się nawet do 2 lat! Jako, że bardzo lubię podkreślać usta, czuję się w szminkach o wiele pewniej siebie, a nie zawsze mam czas, aby sięgnąć rano po kosmetyki, stwierdziłam, że to może pozytywnie wpłynąć na moje samopoczucie i wizerunek. 

Ponadto uznałam, że niezmywalna szminka podczas jedzenia, która nie będzie przy okazji brudzić kubka, czy partnera przy pocałunkach oraz nie wysuszająca ust, nie została jeszcze przeze mnie znaleziona. Decydując się na makijaż permanentny ust liczyłam, że osiągnę ten efekt. Tak więc zaryzykowałam i zapisałam się na takowy zabieg. Czy jestem zadowolona? Zapraszam do czytania!


Konsultacja

Podczas konsultacji mogłam na spokojnie podpytać o wszystko linergistkę. Zostały zaproponowane pasujące do mnie kolory oraz zrobiłyśmy wstępny obrys ust. Choć ja i tak nie planowałam zmieniać kształtu ust, dowiedziałam się, że powiększenie ust poprzez wytatuowanie obrysu wyżej niż z naturalną linią da efekt rozmazanej szminki. Takim zabiegiem można wizualnie wyrównać usta, jednak nie w każdym przypadku... np. u mnie linia ust przy kącikach przebiega w różny sposób, z jednej bardziej na prosto a z drugiej jest zaokrąglona i próba takowej korekty mogłaby tylko popsuć całkowity efekt.


Przebieg pigmentacji ust

Tak jak na konsultacji, zaczęłyśmy od namalowania obramówki kształtu moich ust. Dopiero po zaakceptowaniu przeze mnie szkicu mogłyśmy przejść do nanoszenia pigmentu. Jeśli coś bym chciała poprawić, z pewnością zostałoby coś na to zaradzone, jednak w moim przypadku już pierwszy szkic okazał się perfekcyjny. 

Sama pigmentacja trzeba przyznać, że do przyjemnych nie należy. Usta są delikatne i bardzo czułe na dotyk, dlatego być może ten zabieg nie okaże się dobrym pomysłem dla bardzo wrażliwych na ból osób. Jest oferowane znieczulenie, ale u każdego działa inaczej. U mnie np. na górnej wardze przyjęło się świetnie, nic nie czułam, natomiast na dolnej wardze czułam ból o wiele silniej i nawet znieczulenie nie łagodziło tego uczucia. 

Zabieg kosmetyczny wykonywany był sterylnie i z dbałością, czułam się bardzo komfortowo, co bardzo doceniam. Pigmentacja trwała ok. 3 godziny i została przeprowadzona w pozycji leżącej, aby linergistka mogła z każdej strony podejść i mieć większy komfort pracy. 

Przy ostatnich poprawkach wyczuwalne było mocne powiększenie się ust. Po zakończeniu zabiegu natomiast zostało naniesione masełko na usta.


Efekt po zabiegu

Moje pierwsze wrażenie po zabiegu było lekko zmartwione. Moje usta tak urosły, że chciało mi się z siebie śmiać, a jednocześnie nie chciałam tak wyglądać. Jednak zostałam zapewniona, że opuchlizna zejdzie i będzie widać różnicę już wieczorem, co rzeczywiście się wydarzyło. Usta po 3 godzinach wyglądały już dużo lepiej, choć całkowita opuchlizna zeszła mi dopiero na 3 dzień. 



Efekt po wygojeniu

Oczywiście efekt tuż po zabiegu to nie tylko zakłamany rozmiar ust, ale także kolor. Po całkowitym przyjęciu się pigmentu nie jest aż tak wyraziście. Ja na początek zdecydowałam się na delikatny efekt w odcieniach różu i czerwieni. Skóra tak jak w tatuażu musiała się zagoić i tak przez 5 dni z moich ust odchodziła złuszczająca się warstwa naskórka. Nie można zrywać tych skórek samemu, muszą zejść same. Usta pielęgnowałam przez ten czas maścią Alantan, po którą chętnie sięgam do tej pory, to ona dodała tego blasku ustom. :)


Mam dla Was również zdjęcia dzień po dniu jak wyglądało gojenie, oraz moje usta przed zabiegiem. Oczywiście kolory mogą się trochę różnić, ponieważ zdjęcia były wykonywane o różnych godzinach.


Podsumowanie

Minęły ponad 3 miesiące od zabiegu. Myślę, że jest to odpowiednia chwila na podzielenie się opinią ostateczną. Koszt makijażu permanentnego nie należy do najtańszych, dlatego warto go przemyśleć z każdej strony i przede wszystkim dobrze zadbać o jego gojenie, gdy już go wykonamy. U mnie wszystko przyjęło się świetnie, nie mam ubytków koloru, efekt jest delikatny i subtelny tak jak oczekiwałam. Przede wszystkim moje usta nie są już takie mdłe, są zdecydowanie bardziej nasycone i dobrze czuję się z tą zmianą. Nie żałuję, że skusiłam się na ten zabieg i chętnie go poprawię, gdy efekt już zniknie.


A Wy miałyście już styczność z makijażem permanentnym? 

Może macie go w planach? 


Zachęcam do zadawania dodatkowych pytań, jeśli coś jeszcze Was ciekawi!

Lip Lab - zrób swoją własną szminkę!

 Większość z Nas zapewne interesuje się choć w małym stopniu kosmetykami. Być może nie wszyscy malują się codziennie - np. ja przyznaję się do tego, aczkolwiek w święta lub jakieś inne ważne uroczystości często sięgamy chociaż po podstawowe kosmetyki, w tym szminkę. Podkreślanie ust jest jednym z moich ulubionych kroków w makijażu. Osobiście stawiam na rzucające się w oczy odcienie. Na rynku mamy setki szminek w przeróżnych kolorach, ale czy macie już swoją wymarzoną? Jeśli znalazłyście piękny kolor, to czy jest trwały? Może brakuje Wam w tej szmince pięknego zapachu lub smaku? Warto też zadać sobie pytanie, czy dba o usta? Jeśli jeszcze nie znalazłyście swojego ideału lub po prostu Wasza ulubiona szminka mogłaby mieć jeszcze dodatkowe plusy, to myślę, że ten wpis Was zaciekawi. ;) Zapraszam!


W Lip Lab mamy możliwość wykonać tak naprawdę swoją własną szminkę albo błyszczyk. Ja dostałam możliwość stworzenia szminki, dlatego na niej się skupię. Warsztaty odbyły się podczas  targów Beauty Days w Warszawie. Dostało się na nie dwanaście różnych osób z konkursu, w tym właśnie ja. Powyżej możecie zobaczyć jak przygotowano dla nas stanowiska. Z boku każdy mógł oglądać nasze poczynania.

Na początek obejrzeliśmy prezentację, która zakończyła się konkursem. Doszłam do finału, bo odpowiedziałam dobrze na wszystkie pytania, jednak jeszcze jedna osoba dała sobie z nimi radę, dlatego organizatorzy wymyślili szybko pytanie do dogrywki, przy której niestety dałam plamę. Miałyśmy zgadnąć, który kolor jest najbardziej odpowiedni dla kur, a ja się tak zestresowałam (że doszłam tak daleko), przez co nie zdołałam powiedzieć żadnego koloru. 🤦‍♀️🤦‍♀️ Cóż, życie nieśmiałej osoby jest ciężkie, ale trzeba pracować nad swoimi wadami i nie przejmować się porażkami. 💪


Po prezentacji dostaliśmy rękawiczki i założyliśmy na siebie fartuszki. Na początek tworzenia szminki dano nam do wyboru kilka przykładowych kolorów, ja wybrałam wtedy ciemny odcień czerwieni. Do wyboru był też rodzaj szminki, większość osób wzięła mat. Po wstępnych wyborach dostaliśmy przepis, a w międzyczasie rozdano nam też szablony na których później pracowaliśmy.  Rozdano też narzędzia i bazę, więc musiałam już schować aparat. Dlatego szablonu niestety nie mam jak pokazać. Na pierwszy rzut oka wyglądało to dosyć skomplikowanie, ale wyjaśniono nam wszystko dokładnie i cały czas przy nas czuwano i pomagano nam przy każdym ruchu.

Na stole już od samego początku mogliśmy podziwiać różne tubki z pigmentami, brokatami jak i zapachami. Jednak dopiero później odwiedziliśmy się, że dla uzyskania odpowiedniej konsystencji nie można przesadzić z ilością. Dostaliśmy dlatego dokładny zakres kolorów podzielonych na tabelki. W każdej z tabelek można było dodać ograniczoną ich ilość.



Zabawa z mieszaniem była naprawdę świetna. Nie ukrywam, że uzyskanie koloru marzeń zajmuje naprawdę sporo czasu, bo po dodaniu każdej kropli nowego koloru pojawiają się nowe pomysły. Przy tworzeniu od razu można było wypróbować dany kolor na ustach, więc łatwiej było ocenić, czy dany kolor jest dla nas. Zaglądanie na kolorki innych uczestników też potrafiło zmienić nasz pomysł o 180 stopni. Gdy już udało się nam stworzyć ten odpowiedni kolor, dostaliśmy możliwość dosypania brokatu. Ja z tego skorzystałam, choć nie było to obowiązkowe. Użyłam małej ilości najbardziej sproszkowanego brokatu, dzięki czemu szminka nie jest brokatowa, ale dużo zyskuje w świetle. Lekkie rozświetlenie dodaje trójwymiarowości. ;)






Następnie przyszła kolej na zapachy. Można było wybrać zapach szminki jak i jej smak, cudownie prawda? 😍 Zapach mojej szminki pachnie "egzotycznie" natomiast smak to "brzoskwiniowy sorbet".





Na koniec dolano nam olejki, aby nasza przyszła szminka dbała odpowiednio o usta. Gotową masę przerzuciliśmy do pojemniczków i oddaliśmy je podpisane, aby resztą mogli się zająć organizatorzy. Końcowy etap to zmiksowanie naszej masy w specjalnej maszynce i przelanie jej do formy.







Po godzinie szminka była już gotowa i czekała na mnie w pięknym opakowaniu. Zalecono schowanie jej do lodówki na 2 godziny - tak też zrobiłam po powrocie do hotelu. Kolejnego dnia mogłam się już cieszyć własną szminką. Tak się prezentuje! 😊


Jak ją oceniam?
Nie jest to neonowy róż, ale nie jest też zaliczany do nudziaków. Mocno podkreśla usta i czuję się w nim kobieco. Naprawdę się z nim polubiłam! Dotychczas moimi ulubionymi szminkami były te, które zastygają i nie rozmywają się. Ta jest niestety ich przeciwieństwem, bo jest kremowa i może brudzić. Na szczęście mój strach przed taką konsystencją okazał się naprawdę niepotrzebny, bo ta szminka naprawdę bez problemu sprawdzi się na cały dzień. Po zjedzeniu posiłku, gdy szminka trochę się zmyje wystarczy potrzeć wargami o siebie i tak naprawdę nie trzeba nic poprawiać, bo pozostaje równie przyjemny, nieco jaśniejszy odcień. Całkowite odświeżenie też nie należy do problematycznych.


Najbardziej ciekawiło mnie, czy matowa szminka naprawdę nie będzie mi wysuszać ust. Całe szczęście i w tym przypadku się sprawdziła. Kosmetyki użyte przy produkcji szminki są podobno jednymi z lepszych, a do naszej masy i tak były dolewane odżywcze olejki. Myślę, że zaciekawić Was może również opinia zapachu i smaku. Tu niestety się zawiodłam. Smaku nie czuć w ogóle, co bardzo mnie smuci, a zapach nie jest egzotyczny, ale w tym przypadku i tak bardzo przyjemny, taki typowo szminkowy, jednak nie sztuczny. Opakowanie jest wygodne, zwykłe czarne. Koszt takiej zabawy na dzień dzisiejszy to ok. 130 zł za jedną osobę. Warto wybrać się w grupie, wtedy wychodzi taniej. Pomysł na własną szminkę z pewnością sprawdzi się też jako prezent. Osobiście, mimo drobnych wad, chętnie wybiorę się kiedyś po kolejną!

🌸🌸🌸
-----------------------------------
🌸 Jak Wam się podoba? 🌸
-----------------------------------
🌸🌸🌸

Moje zakupy z Aliexpress #1

 Cześć! Myślę, że każdy z Was zna Aliexpress. Jest to skupisko godnych uwagi ofert sprzedaży z całego świata, jak i tych mniej wartościowych rzeczy. Myślę, że jednak każdego interesuje ta pierwsza część, a nie zawsze zdajemy sobie sprawę o istnieniu niektórych, naprawdę użytecznych przedmiotów. A może akurat zastanawiasz się nad kupnem pewnego artykułu, a ja Cię przed nim zdążę ostrzec? Jako, że w jakimś tam stopniu jestem gadżeciarą, chętnie będę się z Wami dzielić moimi łupami, ich recenzją i ceną. Kto wie, może akurat zaciekawię Was na tyle, że sami się na coś skusicie? ;)
...a dzisiejszy wpis o Ali będzie w tematyce biżuterii. Zapraszam!


💎💎💎
1. Zestaw 8 ozdobnych pierścionków.
Cena: 3,16 PLN

Oryginalne pierścionki w różnych rozmiarach zakupiłam głównie do zdjęć, w których przedstawiam Wam moje wzorki na paznokciach. Zdjęcia z nimi z pewnością będą prezentować się o wiele ciekawiej. Jedynym minusem pierścionków z Ali jest to, że szybko się zetrą jeśli zdecydujecie się je nosić na co dzień. Mogą również zostawiać po sobie ślad na skórze. Jeśli jednak chcecie zakupić w korzystnej cenie coś ładnego dla ozdoby lub właśnie urozmaicenia zdjęć to jak najbardziej polecam, bo można trafić na prawdziwe cudeńka! Poza tym, gdy moje pierścionki się zetrą, to spróbuję je odratować przy pomocy lakieru do paznokci, który zapobiegnie też pozostawianiu śladu na skórze. Moje pierwsze pierścionkowe zamówienie zaliczam do udanych. Jeden z pierścionków ma krzywo przyklejony diamencik, ale nie przeszkadza mi to. Warto też wspomnieć o rozmiarach - są naprawdę zróżnicowane. Niektóre pierścionki powstały, aby nosić je bliżej paznokcia, inne spokojnie będą się trzymać na końcu palca. Z pewnością zamówię więcej wzorów!



💎💎💎
2. Bransoletka z muszelką.
Cena: 1,84 PLN

Motyw muszelek w biżuterii na tyle mi się spodobał, że postanowiłam sprawić sobie taką bransoletkę. Wzór muszelki jest naprawdę ładnie wykonany, na brzegach jest pozłacany. Nosiłam ją już do codziennych stylizacji i póki co trzyma się w całości. Łańcuszek po jakimś czasie ściera się na ciemniejszy kolor i może zostawiać po sobie ślad na skórze. Mimo, że póki co nie miałam takiego problemu, to jednak trzeba mieć na uwadze, że łatwo może się zerwać. Bransoletka jest delikatna, ale naprawdę efektowna. Za taką cenę jak najbardziej można się na nią skusić. Gdy łańcuszek całkowicie zbrzydnie, chętnie wykorzystam tę muszelkę do czegoś innego. ;)



💎💎💎
3. Naszyjnik z motywem wina.
Cena: 2,45 PLN

Na ten naszyjnik trafiłam całkowicie przypadkiem, ale bardzo mnie zaciekawił. Długo leżał w moim koszyku i dopiero podczas wielkiej, chińskiej wyprzedaży się na niego skusiłam. Takie delikatne naszyjniki mają naprawdę dużo uroku. Motyw lejącego się wina do kieliszka prezentuje się naprawdę oryginalnie. W pierwotnej wersji naszyjnik jest trochę dłuższy, ale go sobie skróciłam. Przywieszki mają mały minus, bo wyglądają super tylko z jednej strony - z drugiej mają wadę fabryczną, widać że były odlewane przez maszynę, jednak nie rzuca się to aż tak w oczy. Tak jak w przypadku reszty biżuterii z Aliexpress, naszyjnik z pewnością straci kolor po jakimś czasie lub się zerwie, ale taka biżuteria też ma swoje plusy, bo kosztuje naprawdę niewiele, a wzory potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć. ;)


_______________________________________________________________________________________________
A tak przy okazji chciałabym zapoznać Was z pojęciem "cashback". Mimo, że już od długiego czasu mamy możliwość z niego korzystać, wiele osób obawia się, czy to w ogóle jest bezpieczne i czy ma to sens. Jako, że już od ponad roku korzystam z cashback'u, a nowa seria wpisów jest powiązana z tą tematyką, postanowiłam, że podzielę się z Wami tą informacją. 

Tak więc cashback to nic innego, jak zwrot części gotówki z naszych zakupów. Nie zawsze są to wielkie sumy, bo czasem może wyjść nawet kilka groszy, ale jak to się mówi "grosz do grosza...". Poza tym w erze internetowych zakupów naprawdę warto zgarniać te drobne sumki. Gwarantuję, że po jakimś czasie nawet nie będziesz wiedzieć, w którym momencie uzbierała się kwota na darmową wizytę do kina czy kawiarni.

Cashback można też mądrze wykorzystać przy zakupie drogich sprzętów - nawet jeśli masz w planach odebrać je w sklepie. Większość sklepów, które oferują zwroty za zakupy ma możliwość zamówienia produktu i odbioru osobistego w sklepie. Stacjonarnie kupiłabym np. nową klawiaturę z Komputronika za 330zł, natomiast z cashback'iem (akurat jedynie 1%), gratis dostałam 5zł na 5 pączków. 😋 Ale już w Media Markt cashback może wynosić nawet do 6%, więc przy zakupie nowej lodówki czy telewizora za 2-3 tysiące z pewnością będzie to o wiele fajniejsza kwota. Dla mnie cashback to po prostu taka ukryta obniżka na różne towary.

Jest wiele stron oferujących zwroty za zakupy, jednak większość z nich oferuje wypłatę uzbieranej gotówki po przekroczeniu danej kwoty. Na początek polecam Wam Tipli.pl, gdzie będziecie mogli wypłacić uzbieraną gotówkę w dowolnym momencie, ponieważ nie ma tu żadnych progów. 

🍀
Co sądzicie o produktach z tego wpisu?
Korzystacie z cashback'u?

Srebrna paczka od Mediect

 Wracam do regularnego pisania po wizycie w szpitalu (nic poważnego 😉). Odpoczywam po zabiegu i akurat mam czas na testowanie nowości. W dzisiejszym poście chciałabym Wam pokazać paczuszkę od Mediect. Przede wszystkim zaskoczyła mnie pięknym designem! Już dawno nie miałam tak miłej niespodzianki, jeśli chodzi o zapakowanie produktów do testowania ...z resztą sami zobaczcie!


W pięknym, brokatowym pudełku znalazły się maseczki (kolejna wersja do przetestowania), sztyfty przeciwtrądzikowe (3 sztuki) i pojemniczek z serum w kapsułkach (5 sztuk). Z maseczkami być może mieliście już styczność, aczkolwiek serum i sztyfty to nowość, która dopiero wejdzie na rynek. Jak się u mnie sprawdziły? Zapraszam do kolejnej części wpisu!



_______________________________________________

Hydrating Silver Face Mask 

✨ Nawilżająca Maska Ze Srebrem ✨


Pierwszą do testów wybrałam maseczkę. Bardzo zaciekawiła mnie ta wersja, ponieważ po przetestowaniu bombelkowej z tej samej marki, byłam naprawdę zadowolona. 


Maseczka ze srebrem wyróżnia się z pewnością podwójną warstwą. Po nałożeniu maseczki na twarz ściągamy drugą warstwę i dopiero wtedy maseczka robi wrażenie. Przypomina srebrny plaster miodu, więc prezentuje się bardzo oryginalnie. Sama grafika na opakowaniu to podkreśla. 

Jak się u mnie sprawdziła?
Po ściągnięciu maski moja twarz była wyraźnie rozjaśniona i wyrównał się jej koloryt. Jak widać na zdjęciu po prawo niedoskonałości stały się mało widoczne. Maseczka z pewnością spisała się, jeśli chodzi o nawilżenie. Skóra prezentowała się zdrowo i stała się bardzo miła w dotyku, mimo, że przed nałożeniem była lekko wysuszona. Co najważniejsze maseczka nie podrażniła mi skóry i przyjemnie się ją nosiło. Chętnie do niej wrócę!



_______________________________________________

Acne Stick
🌠 Sztyft Przeciwtrądzikowy 🌠

Kolejnym kosmetykiem, który postanowiłam przetestować był sztyft przeciwtrądzikowy. Najgorszy okres w walce z trądzikiem na szczęście mam już za sobą, ale nie pozbyłam się go do końca. Pojedyncza krostka lubi wyskoczyć w widocznym miejscu w najmniej oczekiwanym momencie, znacie to? Taki pomocnik jak sztyft przeciwtrądzikowy brzmi jak ratunek w takiej sytuacji, jednak czy jest warty zainteresowania? Użyłam go w dwóch punktach na twarzy - na drobnej ranie i maleńkich krostkach przy czole. Jeśli chodzi o rankę to kolejnego dnia stała się prawie niewidoczna, tu naprawdę był zadowalający efekt, jednak przy krostkach, niestety nic się nie zmieniło. Nie wiem jak ten sztyft sprawdzi się przy większych krostkach lub po prostu w innym miejscu, ale nie skreślam go i chętnie przetestuję go ponownie. 

Sztyft może sprawić trudność w otwarciu, przynajmniej ja nie byłam pewna czy się go odkręca, czy oddziela się jego części siłą. Najwygodniej jednak otwiera się go delikatnie łamiąc go na środku. :) Jest bardzo poręczny, można bez problemu schować go do torebki. 



_______________________________________________

Age-Delay Revitalizing Oil-Serum Capsules
⭐Kapsułki Age-Delay Revitalizing Oil-Serum⭐


Ostatnie do przetestowania zostawiłam serum w kapsułkach. To pierwsze kapsułki jakie kiedykolwiek miałam okazję testować. Jest to kolejny produkt, którego bardzo przyjemnie mi się testowało. Wizualnie bardzo podoba mi się w nich motyw serca, naprawdę strzał w 10! Aplikacja jest również bezproblemowa. Bez problemu oderwałam końcówkę i nałożyłam zawartość kapsułki na skórę twarzy. Mimo oleistej konsystencji, serum bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Po chwili skóra stała się mocno wygładzona i miękka. Podoba mi się ten efekt, ponieważ mam problem z "workami" pod oczami, a serum lekko je złagodziło napinając skórę. Serum zawiera masło shea, olejek skwalenowy, olej z nasion kamelii i olejek lawendowy, więc jest mieszanką bardzo odżywczych składników.


Mieliście już coś od Mediect? Który z powyższych produktów zaciekawił Was najbardziej?

Mediect "Cleansing and Brightening" Bubble Mask

Cześć! Muszę się Wam przyznać, że ostatnio nagromadziłam u siebie dosyć sporo maseczek. Bardzo je polubiłam i chętnie testuję nowości. Jedną z ciekawszych masek jest z pewnością bąbelkująca maska "oczyszczenie i rozświetlenie" od Mediect. Wiem, że tego typu maseczki są już na rynku, ale ta jest moją pierwszą z takim efektem. Pudełko zawiera trzy maseczki w płachcie. Opakowanie zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Podoba mi się, że zadbano tu o każdy szczegół. Interesująca grafika przyciągnęła mój wzrok, a samo odpakowywanie sprawiło mi wiele frajdy. Masek staram się nie używać zbyt często, bo nie ma co z nimi przesadzać. Zostawiam je zwykle do przetestowania na weekend. 

Związałam włosy, oczyściłam twarz i zabrałam opakowanie do łazienki. Musze przyznać, maska jest bardzo mocno nasączona płynem. Jej kształt jest dosyć zabawny, więc można się z siebie pośmiać. :P U mnie bąbelki zaczęły się pojawiać już w trakcie nakładania maski. Po chwili było ich już naprawdę mnóstwo. Trzymałam ją tak jak zaleca producent - niecałe 5 minut. Efekt bąbelkowania z maską był fajny, ale dopiero po ściągnięciu jej poczułam, jak wiele ich się zrobiło. Maska w trakcie noszenia nie zsuwała się i nie przeszkadzała. Było czuć bańki mydlane, co było dosyć zaskakujące jak na kosmetyk. 


Po ściągnięciu, należy zmyć z twarzy resztki produktu. W efekcie końcowym twarz jest wygładzona i rozświetlona. Maska jak najbardziej spełnia swoje obietnice. Jak dla mnie rozświetlenie jest trochę zbyt mocne, ale cieszę się, że widać po niej efekt oczyszczenia. Z pewnością to nie będzie moja ostatnia maseczka z tej firmy.


Słyszeliście o tej firmie? Lubicie maski w płachcie?

Avon True Power Stay





Avon to marka kosmetyków, z którą zaczynałam swoją makijażową przygodę. Do tej pory wracam i stale używam ulubionych produktów, a także jestem konsultantką, dlatego ucieszyłam się, że powstała akcja dla bloggerów. Spróbowałam swoich sił i udało się. Dzisiejszy post będzie poświęcony paczce z kosmetykami o długotrwałym działaniu. Zapraszam do czytania! ;)


⭐Podkład - Avon True Power Stay 24 Hour Foundation⭐


Głównym bohaterem paczki "Hot or Noty" jest podkład. Muszę się Wam przyznać, że bardzo się go obawiałam. Do tej pory zrezygnowałam całkowicie z szukania tego typu kosmetyku dla siebie, ponieważ moje próby kilka razy okazały się nietrafne, choć sprawdzałam z przyjaciółką testery stacjonarnie. Stwierdziłam, że sięgnę po podkład, gdy dopasuje mi go ktoś, kto się na tym zna. Plany jednak się zmieniły, gdy dostałam formularz od Avon z możliwością wyboru swojego odcienia. Jako, że mam już od nich sprawdzony korektor z dobrym odcieniem, zaryzykowałam i zamówiłam kosmetyk przez internet.

Do wyboru mamy aż 15 odcieni. Mój to "Warm Ivory" - bardzo jasny, ale w ciepłych tonach. Okazał się strzałem w dziesiątkę, naprawdę. Na pierwszy raz nałożyłam go naprawdę malutko, nie chciałam przesadzić. Zmatowił twarz i wyrównał koloryt. Ukrył też lekko niedoskonałości. Z ciekawości pytałam, czy widać, że mam go na sobie i nikt go nie zauważył. Tak więc jedna lekka warstwa jak najbardziej się sprawdziła, nie było efektu maski. Ma bardzo przyjemną konsystencję, którą bez problemu się rozprowadza. Opakowanie jest eleganckie, grube szkło daje fajny efekt. Pompka niestety czasem wypuszcza zbyt wiele kosmetyku, co chyba dla mnie jest jedynym minusem.

Użyłam go również w większej ilości. Nałożyłam jedną większą warstwę i dołożyłam kosmetyku na niedoskonałości. Nadal wyglądał bardzo naturalnie, jednak korektora nie zastąpi. Osobiście jestem jednak zadowolona, że nie daje aż tak dużego krycia, bo dzięki temu nie wyglądam w nim sztucznie.

A co z trwałością? Nie miałam jak przetestować tych obiecanych 24h, ale jako, że w tym tygodniu pracowałam na nocki, postanowiłam zostawić go do pracy. Nosiłam go ponad 18 godzin i rzeczywiście nie pojawiły się z nim problemy. Po tak długim czasie zauważyłam jedynie, że nagromadziło się go więcej przy "smile lines" (nie wiem jaka jest nazywa po polsku). Nie wygląda też zbyt estetycznie na rankach, ale to raczej jak przy wszystkich podkładach. Moja skóra nie świeciła się, aczkolwiek nie wiem jak to będzie przy cerze tłustej. Testowałam go w różnych temperaturach. Duży plus za niepozostawianie śladów na innych przedmiotach, nie ściera się. Jego cena w obecnym katalogu to 39,99zł. Jest też opcja zamówienia próbki za 1zł.



⭐Matowa szminka w płynie - Avon True Power Stay 16 Hour Lip Colour⭐


Drugim produktem z paczki jest szminka w pięknym odcieniu "Relentless Rose". Miałam już do czynienia z tym typem szminek od L`Oreal. Uwielbiam je, dlatego teraz bardzo chętnie maluję się tą nowością od Avon. Na początku muszę dodać, że nakłada się ją tak miło. Konsystencja jest genialna. Po zastygnięciu jest nie do ruszenia. Dużym plusem jest to, że zasycha naprawdę na całej powierzchni ust. Nie klei się i ma piękną pigmentację. W tej szmince naprawdę nie martwię się, że coś ubrudzę. Idealna do całusów. :D

Najbardziej przy testowaniu takich szminek ciekawi mnie jak sprawdzą się przy jedzeniu. Po śniadaniu i przekąskach nic się nie starło. Dopiero po obiedzie, gdzie miałam tłustą potrawę, szminka starła się lekko przy wewnętrznych stronach warg. Byłam na to gotowa i poprawiłam to dodatkową lekką warstwą. Po całym dniu niestety na tej wewnętrznej, kłopotliwej stronie szminka przypominała skorupę. Jednak wytrzymała w świetnym stanie naprawdę długo i chętnie sięgnę po inne warianty odcieni. W katalogu znajdziecie ja za 24,99zł.



Co myślicie o produktach z serii Power Stay? Testowałyście już któryś?

Copyright © Dollka Blog